Wczorajszy dzień z Justinem był na prawdę wspaniały mimo, że tak szybko minął. Przy Justinie czułam się jakbym znała go od dawna. A znałam go dopiero od jakiś trzech dnia i pewnie to dziwne, ale czuje, że jest kimś kto zdobędzie moje zaufanie, a takich osób jest mało.
Siedziałam na kanapie w salonie, nie przejmowałam się tym, że nadal mam na sobie swoją ulubioną jedno częściową. Popijałam kakao i oglądałam mój ulubiony serial. Mama i babcia krzątały się w kuchni robiąc obiad. Z kuchni dochodziły odgłosy piosenki "Bad". Kobiety w kuchni śpiewały refren, a mój brat tańczył w rytmie piosenki.
Stałam z kanapy i weszłam do kuchni. Zapach obiadu przeszyły zmysły i od razu miałam chrapkę na to co jest w garnkach, które stały na gazie. Otworzyłam pokrywkę jednego z nich i poczułam piękny zapach zupy. Nie wiem jaką "wy cudowały" kobiety, które właśnie w tym momencie fałszowały do piosenki Michaela Jacksona. Nagle ich wyłupy przerwał dzwonek do drzwi.
-Otworze. - powiedziała babcią wycierając ręce w ściereczkę, którą miała włożoną do małej kieszonki fartuszka. Babcia złapała za klamkę dużych brązowych drzwi i do środka wszedł mężczyzna. Miał może po siedemdziesiątce. Był ubrany w białą koszule na której założony był czarny sweter. Do tego ciemne spodnie i jasne buty. Wyglądał jak Ci wszyscy bogaci dziadkowie. W ręce trzymał zwinięty papier owinięty beżową wstążką. Zgrabna kokardka na wierzchu dodawała kartce trochę uroku. Kobieta przyjęła kartkę i jednym zgrabnym ruchem ściągnęła kokardkę. Uśmiechnęła się i poklepała mężczyznę po ramieniu. Ich relacje między sobą były bardzo ciekawe. Może babci podobał się ten mężczyzna, przecież ona też zasługuję na miłość. Od śmierci dziadka bardzo się zmieniła. Nie jest już tą bardzo wesołą panią, która każdego ranka na rowerze jeździła do piekarni po świeży chleb, a na spacerach uczyła wnuczki robić wianki z polnych kwiatów. Teraz była wesoła, ale jednak z jej oczy pryskały iskry smutku i samotności.
Kobieta zamknęła potężne drzwi co wybudziło mnie z przemyśleń. Uśmiechnięta kobieta położyła kawałek papieru na marmurowym blacie. Mama wychwyciła kartkę. Przeminałe parę zdań i zaczęła czytać tylko te najważniejsze.
-W rezydencji państwa Bieberów odbędzie się co roczny bal. Zapraszamy wszystkich na godzinę 22. -uśmiechnęłam się na samom myśl, że chociaż trochę się rozerwiemy. Bardzo było nam to potrzebne. Całe dnie była ta sama rutyna. Wstaliśmy, jedliśmy śniadanie, sprzątaliśmy czasami jeździliśmy na zakupy. Takie od reagowanie bardzo nam się przyda.
-To jak idziemy?- w moich oczach pryskały miliony małych iskierek. W tym momencie nie chciałam słyszeć odmowy. Pamiętam kiedy miałam pięć lat i przyjeżdżałam do babci we wakacje i wybierałyśmy się na taki bal. Jednak wtedy odbywały się one u państwa Nightów. Chyba musieli teraz oddać pałeczkę innej rodzinie.
-Dobrze. Pójdziemy, ale teraz się szykuj przecież musimy w czymś iść na ten bal.- moja mama uśmiechnęła się na co pisnęłam z euforią. Wbiegłam po schodach na górę. Otworzyłam drzwi od mojego nowego pokoju, w którym zamieszkuje od jakiś czterech dni. Otworzyłam dużą białą szafę i złapałam pierwsze lepsze rzeczy. Do kieszeni szortów włożyłam telefon i słuchawki oraz jakieś pieniądze. Nie musiałam się malować ani robić cokolwiek z włosami. Już wcześniej złapałam je w koka, a rano jak zawsze nałożyłam podkład, cień do powiek i tusz do rzęs.
Przeszłyśmy chyba z milion sklepów i w żadnym nie było nic na mnie. Mama i babcia miały już kupione sukienki i buty, a ja miałam tylko same buty.
-Mamo to jakaś masakra... Żadna mi się nie podoba.- założyłam ręce na piersi. W sklepie wisiały sukienki, które na tym balu mogła mieć co druga dziewczyna w moim wieku, a ja potrzebowałam czegoś innego. Czegoś co będzie się wyróżniać od tych wszystkich sukienek. Sukienka musi pasować do mnie wtedy będę się dobrze czuć.
-Ja wam pokaże jeden sklep. Może coś tam Ci się spodoba Chloe.- babcia poklepała moją dłoń. Miałam nadzieje, że ma racje.
Wsiadaliśmy do samochodu i stanęłyśmy przy malutkim butiki, którego nie można było by zauważyć gdyby nie napis "Fairy dress". Wysiadłyśmy z samochodu. Otworzyłyśmy drzwi od butiku. W przy kasie stała kobieta w czerwonej sukience.
-Dzień dobry. W czym mogę panią pomóc?- kobieta wyszła zza lady i stanęła koło nas.
-Tak. Chciałybyśmy kupić sukienkę dla tej młodej damy.- mama wskazała na mnie. Lekki rumieniec nasunął mi się na policzki.- Moja córka chciałabym taką sukienkę jakiej nie ma "nikt"- ekspedientka pokazała mi parę sukienek. Jednak żadna nie była taka jaką chciałam. Mama i babcia siedziały z opadniętymi rękami, a Jamie zasypiał na krześle.
-Może nie powinnam, ale proszę.- wtedy ekspedientka pokazała mi sukienkę idealną. Nie wiem jak ją opisać, ale miała coś w sobie co do mnie przemawiało.-Jest z najnowszej kolekcji, która wychodzi dopiero jesienią. Wiem, że nie powinnam, ale dzisiaj zrobię wyjątek.- podała mi moje nowe cudeńko.
Kiedy wyszłam z garderoby, kobiety stały w szoku.
-Aż tak źle? - spytałam stając z złączonymi rękami w taki sposób jakbym miała w nich małą torebkę.
-Wyglądasz genialnie.- powiedziały wszystkie w tym samym czasie.
-Aww czyli bierzemy.- podskoczyłam z ekscytacji. Weszłam do garderoby i przebrałam się w moje poprzednie ubranie. Odsunęłam zasłonę i stanęłam obok kasy. Blondynka zapakowała moją sukienkę, a mama za nią zapłaciła. Wyszłyśmy ze sklepu i pojechałyśmy do domu.
***
Wszyscy byliśmy już ubrani. Jeszcze tylko lekkie poprawki makijażu i mogliśmy iść. Mama miała na sobie piękną miętową sukienkę za to babcia miała perłową. Oby dwie wyglądały prze pięknie. Jamie miał na sobie czarny garniturek w którym wyglądał bajecznie i jeszcze ten maleńki krawacik dodawał mu uroku.
Babcia zamknęła potężne drewniane drzwi na klucz.Wsiadaliśmy do wcześniej zarezerwowanej limuzyny. No przecież nie mogłyśmy po prostu jechać taksówką. To nie w stylu tych wszystkich bogatych ludzi.
Po jakiś 30 minutach byliśmy na miejscu. Zadziwiało mnie jak duża jest ta dzielnica. Wiadomo, że była odgrodzona od innych dzielnic "wysokim płotem" i na początku wjazdu miała dużą czarną bramę, ale nie spodziewałam się, że jest aż tak rozległa. Kiedyś babci mieszkała w zwykłym domku na wsi. Teraz niestety chciała zapomnieć o dziadku i wyprowadziła się tu. Już dawno mogła tu mieszkać, bo miała do tego spory budżet, jednak ona wolała mieszkać na wsi.
Stałyśmy już na sali tronowej. Dom państwa Bieberów to wcale nie dom tylko zamek. Kiedy stanęliśmy przy nim nie mogłam powstrzymać się od otworzenia ust w szoku.
Na sali było dużo osób. Można było powiedzieć, że to jakby impreza w sylwestra. Byli tu ludzie w różnym wieku. Było tu również dużo chłopców. Na samą myśl o nich zarumieniły mi się policzki. Rozejrzałam się jeszcze po całej sali. Wtedy zauważyłam Lili i Dylan. To te dwie o których mówił mi Justin. Pomyślałam i zdziwiło mnie to, że one również są na takim "balu". Wtedy zauważyłam blond włosy i genialny uśmiech. Justin. Wszystkie moje zmysły zaczęły znacznie szybciej działać. Cholera. Nie wiem czemu na mnie tak działa, ale to chyba nie dobrze, że tak jest. Muszę przystopować. Jeszcze wyjdzie, kiedyś tak, że zgodzę się na jego erotyczne fantazje. Wtedy było by źle.
-Kochanie my idziemy tam do grona znajomych.- poinformowała mnie mama na co kiwnęłam głową w zrozumieniu. Stwierdziłam, że nie będę stać w jednym miejscu, więc poszłam do stołu z jedzeniem. Wzięłam małą przekąskę, bo nie byłam głodna.
-Może szampana?- stał koło mnie przystojny kelner z tacą pełną kieliszków z szampanem. Wzięłam jednego kieliszka i uśmiechnęłam się do kelnera, który poszedł dalej. W sumie jeden szampan chyba mi nie zaszkodzi. Odstawiłam pusty kieliszek tam gdzie stały inne i wtedy poczułam czyjąś rękę na swojej talii.
JUSTIN POV*
Przygotowania do balu trwały już od jakiś miesięcy. W sumie nie miałem nic do niech, ale czasami nie wkurzały tym opanowaniem. W tym roku wpadłem na pomysł, aby od dzielić starszych od nastolatków. I to był genialny pomysł.
Zbierało się już tyle ludzi, że ledwo mogłem nadążyć odbierać kurtki od starszych pań. Dzięki Bogu tata wyciągnął mnie z tego bajzeru i mogłem iść się normalnie pobawić z kumplami i kupelami.
-No stary jaki odpicowany.- przywitałem się z Austinem i innymi. Wtedy zauważyłem, że Lili patrzy się na mnie z uśmiechem na twarzy. Nie wiem co znowu nagadała tym swoim przyjaciółeczką, ale to chore, że myśli, że będziemy razem. Czasami myślała, że wszystko może i będzie mieć "każdego" tylko z takim uszczerbkiem, że ja nie jestem "każden".
-Stary to nie jest ta laska z parku?- wszyscy chłopacy obrócili się w stronę wejścia.
-Nie wydaje mi sie...- wtedy zobaczyłem Chloe w sukience. Wyglądałam idealnie. Nie umiem opisywać sukienek u dziewczyn, ale ta była genialna. Idealnie dobrana do jej figury. Każdy detal pasowała do siebie. Jej idealne brązowe włosy opadały na jej piersi. Wysokie buty dodawały jej centymetrów. Była idealna.
Właśnie zeszła po małych schodach na dół i stanęła obok szwedzkiego stołu. Zauważyłem, że większość chłopaków patrzy się na nią z chrapką w oczach. Nawet niech nie ważą się jej dotknąć bo utłukę.
-Stary! Twój kuzyn to mas szczęście.- Kendal pokazał na brunetkę i bruneta stojącym przy stole. Nagle poczułem jak złość napływa do moich żył. Tylko nie ten skurwiel. Pomyślałem zaciskając szczękę i poszedłem w kierunku nich.
-Ja cie chyba nie znam.- usłyszałem piskliwy głos brunetki, która odpychała rękę Josha ze swojej talii. Przysunąłem ja szybko do siebie w taki sposób, że nie panowałem nad uciskiem, którym ją trzymałem. Josh uśmiechnął się do mnie cwaniacko i poprawił mi kołnierz mojej koszuli. Odepchnąłem jego rękę ode mnie.
-Wiesz co, trzymaj łapy przy sobie.- puściłem Chloe i przesunąłem ją za siebie. Josh stał jakby nie wzruszony tą sytuacją i tylko klasną ręcę.
-Wiesz co Justinku. Trochę mi jej szkoda, będzie kolejną laską, którą chcesz przelecieć. Eh.-zaczął odchodzić, a ja nie wytrzymałem napięcia złapałem go za koszule i rzuciłem na stół z jedzeniem. Huk było słychać nawet w sali, w której bawili się starsi.Ale się tym nie przejmowałem usiadłem na Joshu rozkrokiem i zaczęłam pokładać go po twarzy.
-JUSTIN!-usłyszałem głos mojego ojca, który natychmiast zdjął mnie z znienawidzonego kuzyna. Wszyscy patrzyli z niedowierzaniem, a ja po prostu nie dałem rady musiałem wyjść ochłonąć.
Kurwa jak zawsze muszę coś spierdolić i jak zawsze ojciec będzie mi wpierdalać, że nie jestem synem takiego jakiego zawsze chciał. IDEALNEGO. Kurwa. Wyciągnąłem paczkę papierosów, które zawsze miałem przy sobie w razie jakbym był wkurzony. Wyciągnąłem jednego i zapaliłem. Zaciągnąłem się i cała złość zaczęła po woli ze mnie schodzić.
-Palisz?- usłyszałem cichy głos. Obróciłem się i na środku korytarza stała Chloe. Nic nie powiedziałem tylko nadal paliłem dalej.-Wiesz to nic, ale jednak to Ci szkodzi.- usłyszałem stukanie obcasów i ujrzałem sylwetkę brunetki na balonie na którym się znajdowałem. Oparła się rękami o barierkę.
-Jeden papieros od czasu do czasu nie zaszkodzi.-przydepnąłem niedopałek papierosa. Przysunąłem się do Chloe i chciałem ją przytulić, kiedy mnie odsunęła.
-Za szybko.- powiedziała stając prosto przede mną. Nie wiedziałem co powiedzieć czy powiedziała tak ze względu na to co powiedział ten debil czy tak po prostu.
-Nie słuchaj tego idioty. -powiedziałem wkładając ręce do kieszeni.
-Słucham siebie.-powiedziała mi do ucha i weszła do środka.
*******
Hej kochani oto dzisiaj w końcu po wielkiej nieobecności coś napisałam! Jej! Myślę,że rozdział wam się podoba jeśli tak to LICZĘ NA KOMENTARZE :)





